ZRÓBMY COŚ SZALONEGO – CHODŹMY DO KOŚCIOŁA

33

Na zdjęciu dwóch chłopaków siedzi na kanapie. Wszędzie leżą porozrzucane papierosy, na stole puszka z piwem. Chłopcy wydają się bardzo znudzeni. Jeden z nich (ten w dresie) mówi do swojego przyjaciela: – Ej, Kuba, zróbmy coś szalonego! – Ok, chodźmy do kościoła – odpowiada drugi. To jeden z moich ulubionych demotywatorów. Na spotkaniu z osobami przygotowującymi się do bierzmowania to zdjęcie, opatrzone komentarzem, wzbudziło dużą radość. Kilka dni później przyszedł do mnie jeden z moich podopiecznych i zapytał: – Ojcze, pamiętasz ten demotywator z ostatniego spotkania? – Trudno zapomnieć.– Zrobiłem tak z moją dziewczyną… To działa!

Opiekując się duszpasterstwem młodzieży Przystań, spoty­kam wspaniałych młodych ludzi, którzy się modlą, spo­wiadają, chodzą do kościoła, odwiedzają chore dzieci w szpitalu, organizują raz w roku śniadanie wielkanoc­ne dla osób bezdomnych i ubogich… Czy to znaczy, że są porządni i grzeczni? Raczej nie, na pewno nie. Czy nie mają wątpliwości w wierze? Mają. Prawie każdy z nich. A może chociaż lepiej się uczą? Nie mam odwagi pytać o to ich rodzi­ców, bo wiem, ile czasu spędzają w Przystani. Bez wątpienia ci młodzi ludzie chcą czegoś więcej i pomimo oporów i wielu zastrzeżeń wciąż szukają tego w Kościele.

nic pozytywnego
Podczas rekolekcji dla jednej z krakowskich szkół wykorzystałem ćwiczenie, które nosi nazwę „trzy świadomości”. To rodzaj kilkuetapowego eksperymentu. Na początku nie mó­wimy o swoich uczuciach i o tym, co myślimy. Pozostają tylko zmysły: wzrok, słuch, węch itd. Zadaję pytanie: „Jak odbieracie Kościół na po­ziomie zmysłów?”. Odpowiadają: „Słyszę dłu­gie, smutne i smętne gadanie księdza”, „Czuję kadzidło”, „Widzę krzyże, procesje, konfesjo­nał”, „Słyszę zawodzący śpiew, organy”, „Star­sze panie siedzą w ławkach i odmawiają ró­żaniec”, „Eucharystia, chleb i kielich z winem”. Czuję ulgę, będzie można znaleźć jakiś punkt zaczepienia.

Następnie przechodzimy do drugiej części. Nie odwołujemy się do zmysłów, ignorujemy uczucia, pozostaje nasz rozum. Pytanie wywoławcze brzmi: „Co myślicie, słysząc słowo »Kościół«. Jakie są wasze pierwsze skojarze­nia?” „Ksiądz Natanek: »…wiedz, że coś się dzieje!«”. Wszyscy się śmieją, ja również. I kolejna lawina: „Radio Maryja”, „Pieniądze”, „Pedofilia”, „Długie kolejki do spowiedzi przed świętami”, „Moherowe berety”.

Ostatni krok naszego eksperymentu: „Sły­szycie słowo »Kościół«. Jakie, po tym wszyst­kim, co powiedzieliście, pojawiają się uczu­cia?” Wymieniają: „obojętność”, „nuda”, „nie­chęć”, „nic pozytywnego”, „to nie nasz świat”. I na koniec szczere wyznanie: „Ojcze, gdyby te rekolekcje były po lekcjach, połowa z nas poszłaby do domu”. Taki jest obraz Kościoła, który rodzi się w głowach młodych ludzi. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Księża? Me­dia? Niepraktykujący rodzice? A może Nergal?

Zamiast szukać winnych, lepiej zrobić sobie rachunek sumienia. Jeśli ktoś chce tę rzeczy­wistość zmieniać, musi sobie zdawać sprawę z tego, że nastawienie wielu młodych ludzi do Kościoła jest po prostu negatywne. Nie wyga­sła jednak wiara i nie skończyły się poszuki­wania.

ja nie chcę być święty!
Kilka tygodni temu zapytałem młodzież przy­gotowującą się do bierzmowania, czego szu­kają w Kościele. Odpowiedzi były bardzo pocieszające, niektóre nawet zabawne. Młodzi mówią, że szukają Boga, który by ich rozumiał, który nie byłby tylko „Bogiem starych dziad­ków”, który odpowiedziałby na pytania, na któ­re nie mogą odpowiedzieć ani przyjaciele, ani rodzice. Często wyrażali też pragnienie znale­zienia w Kościele dobrego, mądrego księdza, który mógłby ich poprowadzić, grupy otwar­tych i tolerancyjnych przyjaciół. Dla młodych bardzo ważna jest możliwość rozmawiania o rzeczach ważnych i bardzo ważnych, a także znalezienia miejsca, w którym w ciszy można pomyśleć o tym, o co tak naprawdę chodzi w ich życiu. Młodzi szukają też w Bogu i w Ko­ściele wsparcia w słabościach i problemach, które przeżywają.

Wypowiedzi młodych świadczą o tym, że stereotypowe opinie o tym, że negują Kościół, wyższe wartości i pragnienie bliskości z Bo­giem, są nieprawdziwe. Młodzież szuka swo­jego miejsca w Kościele, miejsca, w którym będzie czuła się dobrze. Ludzie mają coraz większą świadomość różnorodności Kościoła, tego, że jest w nim miejsce dla ludzi, którym bliska jest postawa: „wiem”, „znalazłem”, „je­stem pewien”, ale blisko Pana Boga mogą być również ci, którzy mówią: „nie wiem”, „nie ro­zumiem”, „szukam”.

Co im przeszkadza w poszukiwaniach Boga w Kościele? Przede wszystkim wykrzywiony obraz człowieka wierzącego. Jeden z moich współbraci na katechezie o świętości zadał dwa proste pytania. Pierwsze brzmiało: „Kto to jest święty?” Wszystkie odpowiedzi były pozytywne: „Święty to człowiek dobry, pra­cowity, szczery, otwarty, wrażliwy na innych, bezwarunkowo kochający ludzi, sprawiedliwy, rzetelny”. Na drugie pytanie: „Czy chcesz być świętym?”, wszyscy zgodnie odpowiedzieli: „Nie”. Jedno z uzasadnień brzmiało: „Nie chcę być święty, bo nie zniósłbym starszych pań ca­łujących mój obrazek”.

Jeżeli świętość kojarzy się z człowiekiem bez skazy, chodzącym codziennie do kościo­ła, mdlejącym po usłyszeniu przekleństwa, to trudno oczekiwać innej odpowiedzi. Kolejne zarzuty przeciw Kościołowi uderza­ją w księży. Młodzież krytykuje ich za: „Śre­dniowieczne, zbyt długie, niezrozumiałe, pełne patosu, a na dodatek wydukane kazania, któ­re nie prowadzą do żadnych wniosków”. My, księża, obrywamy również za brak osobistego zaangażowania i brak świadectwa. Młodych denerwuje również to, że księża skupiają się za bardzo na zasadach (kiedy pościć, co robić, czego nie robić), a za mało mówią o samym Bogu. Od Kościoła odrzuca brak kultury na ambonie: „Przeszkadza mi, kiedy ksiądz krzy­czy na ludzi”. Nie podobająsię też zaniedbania w samej liturgii: „Denerwują mnie organiści, którzy nie potrafią grać. Za długie ogłoszenia, czytanie listów od biskupów na każdą okolicz­ność”. Pojawiają się zarzuty dotyczące prowa­dzenia katechezy: „Księża w szkole zamiast uczyć nas żyć z Bogiem, podają nam notatki i informacje do wkucia, a później z tego odpytu­ją”. Zniechęca też przesadne zajmowanie się sprawami społecznymi: „Przeszkadza mi włą­czanie się Kościoła w politykę, komercjalizacja religii”. W wielu wypowiedziach powraca też problem niezrozumienia liturgii, która wydaje się często nudna, enigmatyczna i smutna.

lifting PR
Nie wszyscy żyją z Bogiem. Młodzi ludzie są tego świadomi, bo coraz więcej ich rówieśni­ków rezygnuje z katechezy i praktyk religij­nych. Wiele osób odkrywa jednak, że z Bogiem i Jego Kościołem żyć warto, o czym sami pisali podczas jednego z naszych duszpasterskich spotkań. Przyznali, że w Kościele znaleźli to jedyne miejsce, gdzie „jest cicho, gdzie nikt nie wygania, gdzie można się pomodlić”. Odnaleź­li ludzi, którzy myślą podobnie, często takich, którzy są inspiracją i przykładem, którzy mają w sobie „wewnętrzny spokój i ciepło”.

Wydawało mi się, że rekolekcje, o których wspomniałem wcześniej, zakończą się sro­motną klęską. Spotkało mnie jednak miłe rozczarowanie. Nie wszyscy uciekli. Wielu zosta­ło, słuchało, dyskutowało, prosiło o rozmowę, spowiedź. Była też okazja, by na kartkach napisali swoje intencje. Niektóre z nich były bar­dzo konkretne i rzeczowe: „Panie Jezu, żeby nie było sprawdzianu z historii”. Podpisała się prawie cała klasa. Większość próśb wzruszała. Dotyczyły najbliższych marzeń, trudności, kło­potów, często jakichś podstawowych potrzeb (nawet nowych butów), pragnienia stania się lepszym, tęsknoty za doświadczeniem Boga w swoim życiu. Tych karteczek były dziesiątki. Pisał, kto chciał. Niektórzy notowali intencje przy swoich znajomych ze szkolnej ławki. Ci, którzy się krępowali, wracali do kapitularza, w którym mieliśmy rekolekcje, przynosząc swoje prośby pod jakimś banalnym pretekstem. Na koniec obiecałem młodym, że włożę ich inten­cje do tabernakulum, żeby Pan Bóg nie mówił, że ich nie widział. Następnego dnia usłysza­łem pytanie: „Ojcze, zaniosłeś nasze prośby do kaplicy?”

Po rekolekcjach przyszły do mnie dwie dziewczyny. „Bardzo dziękujemy, że ksiądz nas poważnie potraktował – powiedziały. Pod­czas rekolekcji szkolnych nieczęsto się to zda­rza. Wy, księża, macie kiepski PR. Popracujcie nad tym. Nam też będzie wtedy łatwiej”.

dać dziecku to, co najcenniejsze
Z ankiet przeprowadzonych w grudniu w Przy­stani wynika, że do duszpasterstwa przychodzi się po to, żeby pogłębić religijność wyniesioną z domu. Mówiąc krótko: młodzież, która ma wsparcie w domu w wyznawaniu swojej wiary, do kościoła przychodzi. A co, jeśli wsparcia w rodzinie nie ma? „Czy wasi rodzice są wierzą­cy?” – zapytałem kiedyś. „Moi nie” – odpowie­dział jeden z chłopaków z duszpasterstwa. „To dlaczego chodzisz na spotkania przygotowu­jące do bierzmowania?”. „Bo moi rodzice tego nie chcą!”

Ten przykład nie zmienia jednak faktu, że wiara kształtuje się przede wszystkim w domu rodzinnym. Wspólnej modlitwy, uczestniczenia razem w Eucharystii i wspólnych rozmów na tematy związane z wiarą (czy niewiarą i wątpli­wościami) nie da się niczym zastąpić.

Pozostaje pytanie, jak przekazywać dzie­ciom wiarę skutecznie. Jeden z rodziców opowiadał mi, że nie za bardzo przykładał się do wychowywania swoich dzieci, rezygnował z nieustannego pouczania. Robił to bardzo świadomie, bo jego rodzice nieustannie prawili mu kazania i za dużo ich usłyszał. On w swo­im domu postanowił tego nie robić. Pewnego dnia przy kolacji, gdy jego dzieci kończyły już liceum, przysłuchiwał się ich rozmowie. Wte­dy uświadomił sobie, że jego dzieci podzielają jego poglądy. Rozpoznawali wartość tych rze­czy, które i dla niego były wartościowe. Od­krył, że jego dzieci są tam, gdzie on, chociaż nigdy ich nie pouczał. Zakorzenianie w świat wartości religijnych niewiele ma wspólnego z pouczaniem, prawieniem kazań. Właściwsze jest słowo „promieniowanie”. Na co dzień nie mamy świadomości, że świeci nad nami słoń­ce, że nasze twarze się opalają. Tymczasem te promienie nas dotykają, chociaż nie musimy o tym wiedzieć. Dziecko „nasiąka” tym, co mó­wią rodzice, jak komentują rzeczywistość, co wybierają, co jest dla nich ważne.

A co zrobić, kiedy trudno znaleźć w domu wyższe wartości i prawdziwą miłość? Nawet jeżeli z różnych powodów zostaliśmy pozba­wieni tego odblasku miłości i wiary rodziców, to jest jeszcze Bóg prawdziwy, do którego za­wsze można dotrzeć. To, czego nie dali nam pośrednicy, możemy otrzymać z samego Źró­dła.

Maciej Chanaka OP – dominikanin, mieszka i pra­cuje w Krakowie, prowadzi duszpasterstwo szkół średnich „Przystań”.

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  KOŚCIÓŁ – CO MI TO DA?, NUMER 6, 2012
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTU: http://sklep.e-medialist.pl