SYNDROM DZIECKA ZARZĄDZANEGO

45

Dzieciństwo jest zbyt cenne, by oddać je w ręce najmłodszych. Tak przy­najmniej twierdzi współczesny świat. W jego opinii zbyt wiele mamy do stracenia: możliwości rozwoju, chwile na realizację, odkrywanie pasji i ukrytych talentów. Czas to pieniądz. Już od narodzin aż do śmierci.

Wszelkie zaniedbania mogą mieć da­leko idące konsekwencje. Dlatego robimy wszystko, by udoskonalić to, co do tej pory było pomijane czy pozostawiane samemu sobie. Chcemy, by na­szym dzieciom żyło się lepiej. Dbamy o to, aby każda chwila mijała im „optymalnie” a dzieciństwo było bliskie ideału.

Wpadamy w pułapkę zarządzania i wycho­wania „helikopterowego”. I niestety… oddalamy się od wymarzonego celu, osiągając efekt da­leki od zamierzonego.

Nadrodzicielstwo
Dzisiaj nie wystarczy być dobrym rodzicem. Mamy być doskonali. O ile dążenie do doskona­łości nie jest błędem, o tyle przesada i zbyt duże skupianie się na jednej roli, już jak najbardziej.

Po pierwsze istnieje duże ryzyko zaniedba­nia lub pominięcia innych sfer życia, nie mniej ważnych. Rodzic, który spędza każdą wolną chwilę na spełnianiu potrzeb dziecka (co jest naturalne w pierwszych tygodniach życia, ale staje się zbędne wraz z kolejnymi latami), za­zwyczaj zaniedbuje swojego partnera, pasje, własne potrzeby.

Po drugie brakuje mu dystansu do natural­nych zmian zachodzących w życiu dorastają­cego dziecka. Zazwyczaj za bardzo się przej­muje wszelkimi niepowodzeniami i kłopotami. Nie potrafi spojrzeć na nie obiektywnie i swo­imi pospiesznymi działaniami odbiera dziecku bardzo ważną szansę na naukę podstawowej umiejętności radzenia sobie z mniejszymi, co­dziennymi problemami. Skutek? Postępujący proces uzależniania od rodzica.

Po trzecie postawienie dziecka na piede­stale powoduje zaburzenie naturalnej hierarchii w rodzinie, w której maluch zyskuje miano osoby najważniejszej. Tam, gdzie dziecko jest najważniejsze, tam wszyscy inni tracą swoje prawa. Co gorsza maluch nie jest w stanie do­cenić tej funkcji. Nie ma siły, by udźwignąć jej ciężar. I z czasem wszystko obraca się prze­ciwko niemu.

Krążyć nad dzieckiem niczym helikopter…
Mama i tata stale „krążący nad głową” dziecka to problem wielu rodzin. Taki sposób wycho­wywania obserwuje się w odległych od siebie kręgach kulturowych.

Skandynawowie często mówią w tym kon­tekście o rodzicach, którzy gorączkowo szczot­kują lód, zanim dziecko zrobi pierwszy krok. W Japonii wiele mam rezygnuje z rozwoju osobistego, pracy zawodowej, by stać się całodobo­wą nauczycielką i opiekunką własnego dziec­ka. Japonki każdą wolną sekundę poświęcają na to, by dziecko stale wyróżniało się na tle rówieśników, przeskakując poszczególne eta­py edukacji.

Zmieniający się model rodziny, w którym coraz częściej rodzi się tylko jedno dziecko, sprawia, że jest ono „zbyt cenne, by pozosta­wić je sobie samemu”. Dlatego dzieciństwo jest obecnie – jak nigdy dotąd – przedmiotem niepokoju, interwencji, zabiegania o jego „pra­widłowy przebieg”.

Szkoda czasu
Każda przesada jest szkodliwa. Negatywne skutki niesie zarówno zaniedbywanie potrzeb dziecka i pozostawianie go samemu sobie, jak również organizowanie każdego wolnego mo­mentu i zabieranie tak cennych „chwil na nudę” (czyli w ocenie wielu psychologów inspirujących momentów, kiedy maluchy mogą nauczyć się, jak organizować sobie wolny czas).

Nawet jeśli dzieci mają wolny czas, to spędzajągo „pod nadzorem.”. Współczesne media przedstawiają przerażający obraz rzeczywisto­ści, który znacznie oddala w czasie moment „usamodzielnienia się dzieci”. Carl Honore w książce „Pod presją”, w której przedstawia niepokojący obraz współcze­snego dzieciństwa, nadmier­nie kontrolowanego, pisze o tym, że od lat 70. przeciętna odległość, na jaką małym Bry­tyjczyków wolno się oddalić od domu zmniejszyła się o 90%.

Trend nadzorowania ma już tak skrajne oblicze, że w świe­cie Zachodu typowe jest od­wożenie nawet nastolatków do szkoły. Dzieci w podstawówce nie mają szansy wybrać się samodzielnie do domu kolegi, który mieszka przy końcu tej samej ulicy.

Mimo posiadania telefo­nu komórkowego, GPS-ów w kurtkach i plecakach, dla bez­pieczeństwa   przez   większą część dnia dorośli towarzyszą małym dzieciom, kilkulatkom i nastolatkom. I co gorsza, nie są jedynie opiekunami, ale organizatorami, kreatorami każdej wolnej chwili, pomysłodaw­cami wszelkich inicjatyw, zabaw, surowymi sę­dziami oraz podsycającymi niezdrowe dążenie do sukcesu karierowiczami.

Zarządzanie, które się nie kończy
Zarządzanie dzieciństwem nie kończy się wraz z pełnoletnością. Ono trwa jeszcze na długo po tym, gdy dzieci kończą studia.

Zachodni rodzice nie pozostawiają młodzie­ży pola do planowania wakacji, biorą wolne, by zorganizować miejsce na uczelni, w trakcie re­krutacji uczestniczą bezpośrednio lub pośred­nio (przez telefon) w rozmowach z władzami uczelni. Często również nerwowo krążą pod zamkniętymi drzwiami prezesów firm, gdy ich dzieci ubiegają się o pracę…

Carl Honore, w przywołanej przeze mnie książce, pisze o jeszcze jednym zagrożeniu. Mianowicie zauważa, że mikrozarządzane dzieci mają problem z usamodzielnianiem się, uniezależnieniem od rodziców i z wyprowadz­ką.

W domu, w którym są traktowane jak kró­lowie, znajdują się w centrum uwagi i zawsze zaspokajane są ich potrzeby, czują się pewnie. Świat nie jest jednak tak doskonały. Dlatego wychowane przez zarządzanie dzieci mają problem z adaptacją w innych, dużo mniej przyjaznych warunkach.

Czy zagrożenie jest rzeczywiście tak duże?
Oczywiście Polska jeszcze pod wieloma względami odbiega od „rozwiniętego świata Zachodu”. U nas wielu młodych ludzi nie usamodzielnia się nie dlatego, że nie chce, ale że nie ma takiej możliwości. Mimo to, również w naszym kraju bardzo silne są pewne sygnały, które każą się niepokoić.

Potrzeba stworzenia „dziecka alfa” jest rów­nie silna w Polsce jak w innych rejonach świa­ta. Wielu rodziców wpada w pułapkę „bycia w pełni oddanym” zadaniu „wychowania czy ukształtowania dzieci”. Często właśnie z tego powodu nie daje sobie rady i szuka pomocy u psychologów, psychoterapeutów, opiekunów, organizatorów czasu dla dzieci.

Sprawujący nadmierną kontrolę rodzice czują się podwójnie zmęczeni i sfrustrowani. Nato­miast dzieci, którym odbiera się przyjemność spontanicznej zabawy, pozbawia się również zdolności do zarządzania choćby w minimal­nym stopniu własnym życiem. Tym sposobem kilkulatkowie jak nigdy dotąd są zabiegani, ich dzień wypełnia masa obowiązków, ciągły po­śpiech. Brakuje choć chwili na zastanowienie się, czy da się inaczej… oraz na to, co „ja lubię” i „co mi się podoba”, liczy się to, by zrealizować plan. Nie ich plan. Scenariusz dorosłych.

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  BYĆ DOSKONAŁYM RODZICEM, NUMER 6-7 2013
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTU: http://sklep.e-medialist.pl